Teksty, W teatrze

Jestem dzieckiem awangardy – rozmowa z Janem Peszkiem

17/06/2015

Czy nie wydaje się Panu zasadne uczenie w szkołach teatralnych monodramu jako osobnego, szczególnego zadania aktorskiego?
Nie. Mam dość sceptyczny stosunek do monodramu, jako zjawiska występującego zbyt powszechnie. Ja sam gram „Scenariusz…” tylko dlatego, że został dla mnie napisany i całkowicie się z nim utożsamiam. To mój artystyczny manifest. Tymczasem gdy mam okazję oglądać inne monodramy, zwykle odnoszę wrażenie braku uzasadnienia dla sytuacji, w której jedna osoba na głos, publicznie mówi monolog, nie będący – jak to ma miejsce w przypadku sztuki wieloobsadowej – elementem większej całości.

I nie zdarzyło się Panu obejrzeć monodramu, który by Pana zachwycił?
Przed laty oglądałem w paryskim Odeonie występ aktorki, która przez kilkadziesiąt minut mówiła cały tekst „Fedry” Racine’a; wygłaszała kwestie wszystkich postaci, nie odgrywając ich. Po prostu stała przed widownią i mówiła tekst. W pewnym momencie przewróciła się, jakby jej ktoś podciął nogi, po krótkiej pauzie wstała i mówiła dalej. To było porażające. Najdoskonalsze, co widziałem w sztuce monodramu. Nigdy tego nie zapomnę.

Gra Pan „Scenariusz…” prawie 40 lat, Jerzy Stuhr „Kontrabasistę” 30 lat, Krystyna Janda „Shirley Valentine” 25 lat. W czym tkwi siła tych długowiecznych, objeżdżających kraj i świat, monodramów?
Temat poruszany przez aktora jest wciąż aktualny, a sam aktor nie brzmi fałszywie, jest przekonujący – to cała tajemnica. Problematyka poruszona przez Bogusława Schaeffera w „Scenariuszu” – będącym wykładem z pogranicza socjologii sztuki – jest aktualna po dziś dzień. Myślę, że gdyby mnie te sprawy już nie obchodziły, nie grałbym tego. Jednak tematy, których dotyka Schaeffer są wciąż aktualne (choćby problem komercjalizacji sztuki) i nie są mi obojętne.

Powierzając Panu „Scenariusz…” Schaeffer nie mógł przewidzieć, że ów tekst będzie Pan wykonywał niemal całe życie; mało tego – że stanie się on Pańskim manifestem a swoją drogą artystyczną potwierdzi Pan dochowanie wierności ideom postulowanym przez autora.
Ani autor ani ja nie mogliśmy tego przewidzieć. Schaeffera i Zespół MW2, który uprawiał muzykę awangardową, poznałem na II roku studiów. Zostałem zaproszony wówczas do współpracy przy projekcie opartym na Schaefferowskiej teorii aktorstwa instrumentalnego. Schaeffer postrzega bowiem aktora jako nieskończony w swych możliwościach instrument. Jest tylko kwestią, jak jest on nastrojony – czy kiedy gra, fałszuje, czy detonuje czy też jest narzędziem o czystym brzmieniu. Schaeffer, obserwując mnie – wtedy jeszcze studenta – doszedł do wniosku, że będę prawdopodobnie tym właściwym, obmyślonym i poszukiwanym przez niego aktorem instrumentalnym. Stąd też taki dziwny tytuł tego tekstu, napisanego zresztą w kilkanaście godzin – „Scenariusz” (bo nie sztuka teatralna) „dla nieistniejącego” (bo tekst powstał wtedy, kiedy ja jeszcze nie byłem aktorem), „lecz możliwego” (ponieważ Schaeffer przeczuł we mnie potencjał) „aktora instrumentalnego” (wtedy pojawiło się to zagadnienie).
Z wręczeniem mi tego wykładu, autor czekał do 1974 roku. 11 lat! Byłem wówczas jeszcze wciąż młodym aktorem, ale zarazem na tyle doświadczonym, by – jego zdaniem – móc się nim zająć. Przez cały czas brałem udział w spektaklach MW2 i właśnie dzięki temu doświadczeniu mogłem się podjąć takiego wyzwania. To awangarda mnie wyedukowała, a nie szkoła teatralna. To ona dała mi odwagę brania udziału w ekstremalnych przedsięwzięciach, odwagę przekraczania granic, burzenia zastanego porządku, ale nie dla samego burzenia – jak to dziś się dzieje często w młodym teatrze – tylko z potrzeby zaproponowania czegoś nowego.
Przeczytałem „Scenariusz” i… zwróciłem autorowi, mówiąc mu – z właściwą młodemu człowiekowi arogancją – że nie widzę możliwości realizacji tego na scenie. Że jest pozbawione potencjału teatralnego, a miejscem takiego wykładu powinna być uniwersytecka sala wykładowa. Schaeffer powiedział, że będzie czekał cierpliwie. I rzeczywiście czekał – półtora roku. Tyle czasu pracowałem nad tym, by dostosować narzędzia właściwe teatrowi dramatycznemu do tekstu nieprzeznaczonego dla teatru. Schaeffer bywał na próbach, obserwował moje działania, akceptował je lub nie, i tak doszło do prapremiery – zresztą nie w teatrze tylko w salach BWA w Łodzi w 1976 roku. „Scenariusz…” został od razu entuzjastycznie przyjęty przez publiczność, ale nigdy nie przypuszczałem, ze będę go grał 40 lat.

Mając w pamięci „Scenariusz…” z 1976 roku, może go Pan porównać ze „Scenariuszem” z 2015 roku i stwierdzić w jakim stopniu się zmienił?
Lepiej by na to odpowiedzieli widzowie, którzy przychodzą po wielu latach z ciekawości, jak wygląda spektakl, który niegdyś oglądali. Ja mam poczucie niewielkich zmian, ale na pewno nie w konstrukcji i w temacie. Oczywiście zmienia się w stopniu, w jakim ja się zmieniam. Inne są rytmy, inny jest przekaz dojrzałego człowieka, a nie młodego prowokatora. Często spotykam się z opinią widzów, którzy widzieli ten spektakl kilkakrotnie – zwłaszcza, gdy oglądają go po długiej przerwie – że niektóre poruszane przez Schaeffera kwestie zaczynają rozumieć dopiero teraz. Nie dostrzegli ich wcześniej. To świadczy o sile tego tekstu, jego wielowarstwowości i mądrości.

Tymczasem Bogusław Schaeffer zniknął z polskich teatrów.
Z jego obecnością na scenie jest pewien problem. Z jednej strony, on niespecjalnie dba o to, nie dobija się do teatrów, jest klasycznym, rasowym artystą, żyje obecnie w zupełnym odosobnieniu w Austrii. Z drugiej – aby grać Schaeffera, trzeba specjalnej wrażliwości, muzykalności na jego teatr. Kluczem powszechnie obowiązującym w teatrze nie da się do niego dotrzeć. Ja czy też Mikołaj i Andrzej Grabowscy, wszyscy, którzy byliśmy w Zespole MW2, zetknęliśmy się osobiście z Schaefferem, dotknęliśmy źródła. On pisał teksty (mój „Scenariusz…”, „Kwartet…”, kolejne „Audiencje” czy „Scenariusz dla trzech aktorów”) z myślą o nas. Mieliśmy wspólny język i przetarte szlaki, dzięki treningowi awangardy pod jego okiem. Próby grania tych utworów podejmowane przez innych nie odbijały się zwykle szerokim echem, a publiczność wolała wrócić do dziewiczych wykonań.

Objechał Pan ze „Scenariuszem…” niemal całym świat. Grał Pan na klepisku i w wytwornych salach – wszędzie wybrzmiewa ów tekst podobnie?
Przestrzeń nie determinuje tego, co chcę powiedzieć. Przychodzę po raz dwutysięczny z czegoś się zwierzyć i to robię, bo jestem tym tekstem zainfekowany. Unikam plenerów, bo ten spektakl wymaga bezpośredniego, bliskiego kontaktu z odbiorcą, ale zdarza mi się grać i w plenerze. Występowałem choćby w Królikarni Warszawskiej, po koncercie Artura Rojka. Na ogromnej łące siedziało ok. 2 tys. osób. Takie warunki testują potencjał aktora – czy da sobie radę, pokona tego wielogłowego smoka, czy nie? Grałem też w Kazimierzu Dolnym w sadzie, bo zeszło się tyle ludzi, że nie byliśmy się w stanie razem zmieścić w salonie Kuncewiczówki. Podczas spektaklu zerwała się burza, część widzów uciekła, schroniła się pod dachem, a ja grałem do końca. Musiałem pokonać ten żywioł, nawet jeśli miałbym zostać sam. Zdarzyło się i tak, że dokończyłem scenariusz, grając w kucki pod toaletą dla jednej zapłakanej studentki. Działo się to w latach 70., pracowałem wówczas jako pedagog na wydziale aktorskim w łódzkiej Filmówce. Studenci reżyserii poprosili mnie, żeby podczas jakiegoś festiwalu przedstawił „Scenariusz…” międzynarodowej widowni, w jednej z hal fabrycznych. Nie wiedziałem, że szykują oni prowokację, a był to okres rozkwitu happeningów, rozmaitych akcji artystycznych i zadym. W trakcie spektaklu wtargnęli na scenę, próbowali przerwać pokaz, zaczęli niszczyć rekwizyty. Pech (dla nich!) chciał, że na widowni byli też „moi” studenci z wydziału aktorskiego. Oni także wkroczyli na scenę i na wstępie wybili prowokatorom kilka zębów. Polała się krew i zaczęła się regularna bitwa. Ja na moment się zatrzymałem, zadałem sobie pytanie, co w tej sytuacji powinienem zrobić i postanowiłem dokończyć monodram. Cała sala się biła, krew się lała, latały nad głowami krzesła i rekwizyty, a ja w kącie pod toaletą grałem dla mojej studentki, która się tam schroniła, przerażona tym, co się wokół działo.

Jeden monodram – całe życie… Naprawdę nie ma tekstu, który przez te wszystkie lata wydałby się Panu równie ważny jak „Scenariusz…” za młodu? Nie widziałby Pan siebie dziś np. „W ostatniej taśmie Krappa” Becketta?
Po śmierci Tadeusza Łomnickiego miałem propozycję, by to grać. To fantastyczna rola, a jednak nie podjąłem się tego. Nie lubię brać na siebie odpowiedzialności, nie znajdując wszystkich argumentów, by wyjść na scenę. Nie zapieram się, rzecz jasna. Jeśli znajdzie się tekst, który mnie tak poruszy, że nie tyle będę chciał go grać, co będę się z nim utożsamiał, to – na Boga! – przynajmniej pochylę się nad nim. Sprawą podstawową w teatrze jest dla mnie to, że racja bohatera jest moją racją.

Rozmowa z okazji III edycji United Solo Europe – festiwalu monodramów, odbywającego się w Teatrze Syrena. Ukazała się w programie do festiwalu.

Zobacz także

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź