Teksty

Młody, wykończony

08/04/2015

To był czarny tydzień w życiu Michała Borczucha. Po spektaklu „Leonce i Lena” (premiera 10 marca br., Teatr Dramatyczny) dostał cięgi zarówno od recenzentów „Dziennika”, „Rzeczpospolitej”, jak i „Gazety Wyborczej”. Nie zaśpiewałam w tym niespodziewanie zgodnym chórze, bo z przedstawienia Borczucha wyszłam po pierwszej godzinie, znudzona oglądaniem popłuczyn z innych popłuczyn. A poza tym jest mi go zwyczajnie żal, stał się bowiem jedną z ofiar mechanizmów wykańczających współczesny polski teatr. W recenzjach z „Leonce’a i Leny” pojawił się zasadniczy błąd – Michał Borczuch nie jest reżyserem, tak jak nie jest dramaturgiem ktoś, kto nagryzmolił dwie, trzy sztuki, ani aktorem ktoś, kto prosto z ulicy trafił do telenoweli. A od takich „reżyserów”, „dramaturgów” i „aktorów” zaroiło się w ostatnich latach.
Michał Borczuch jest na razie studentem Wydziału Reżyserii krakowskiej PWST i jako student powinien sobie dłubać przy etiudach albo pokazywać kolegom swoje pierwsze próby zrealizowane w kole naukowym. Tymczasem zrobiony przez Borczucha już na drugim roku (w ramach festiwalu baz@rt) spektakl według słabiutkiej sztuki „Komponenty” Małgorzaty Owsiany wszedł do repertuaru narodowej sceny, jaką jest krakowski Stary Teatr, choć nikt nie obwołał chłopaka nowym Swinarskim czy drugim Jarockim. Za to po tym, jak pokazał swoje drugie przedstawienie, „Wielkiego człowieka do małych interesów” (z pamiętnym zawołaniem „Jeb mnie na szezlongu”), zjechane podobnie jak „Leonce i Lena”, mógł przeczytać o sobie w „Tygodniku Powszechnym”, że należy do pokolenia „nowych niezadowolonych” w polskim teatrze, jest reprezentantem jakiejś formacji, ma wyraziste poglądy polityczne, którym daje upust w swoich spektaklach. Jeszcze nic nie zrobił, już był kimś. Nie można gorzej zacząć. Żeby się ratować przed blamażem w oczach cynicznych promotorów lewizny, naoglądał się spektakli tych, których wcześniej wynieśli oni na szczyt: Jana Klaty, Mai Kleczewskiej, Michała Zadary, i został ich wiernym kopistą. Efekty zobaczyć można w Teatrze Dramatycznym. „Leonce i Lena” to wyraz zupełnej bezradności wobec teatralnej materii kogoś bez rzemiosła, kogoś, kto zamiast przejść solidną szkołę, został poprowadzony na skróty przez fałszywych doradców. Jako że znam go od lat, jeszcze z czasów, gdy był świetnie zapowiadającym się studentem krakowskiej ASP, mówię: Michał, wracaj, nim naprawdę zabrniesz. Nie daj się zniszczyć.

Życie Warszawy nr 67
20-03-2007

Zobacz także

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź