Lwów, W teatrze

Musical „Lwów Semper Fidelis” lubelskiego Teatru im. Osterwy – jubileusz

22/01/2015

Mija 25 lat od premiery musicalu „Lwów Semper Fidelis” – spektaklu, który był w teatrze wyraźnym znakiem poprzełomowych zmian, a każdy jego pokaz widzowie zamieniali w manifestację patriotyzmu i tęsknoty za zagrabionym miastem.

Styczeń 1990 roku. Zimno, zgrzebnie, wciąż jeszcze niepewnie. W lubelskim teatrze Andrzej Rozhin wystawia „Lwów Semper Fidelis”. Czujnie wietrzy moment na sięgnięcie po jeden z najważniejszych mitów polskiej historii i kultury. Nie on jeden. W owym czasie mnożą się naprędce klecone lwowskie wieczorki, składaki na dwóch, trzech aktorów i harmoszkę. Tymczasem w trzygodzinnym widowisku z Lublina występuje niemal cały zespół Teatru im. Osterwy, gra na żywo siedmioosobowa kapela, scenografia i kostiumy wiernie oddają ducha epoki. Roztańczony, barwny ansamble przywołuje atmosferę miasta, świat zadziornych batiarów, dramatyczną walkę Orląt, powojenną melancholię wypędzonych. Są najsłynniejsze lwowskie piosenki – „Ballada o pannie Franciszce”, „Bal u weteranów”, „Jurek Bitschan”, „Łyczakowska Madonna”, rubaszne przyśpiewki i pierwszy raz w Polsce pełnym głosem mówione emigracyjne wiersze Mariana Hemara.

Rozhin przyjmuje piątkę młodych, upatrzonych na festiwalu szkół teatralnych, aktorów – mają wnieść do zespołu ożywczą energię, być dla niego jak zapłon. Żeby uniknąć taniej cepeliady wszyscy ćwiczą lwowski bałak i śpiewny, jedyny w swoim rodzaju, akcent.

– Cieszyła nas niezmiernie ta robota, chociaż padaliśmy ze zmęczenia na twarz – wspomina trwające prawie pół roku próby aktorka Grażyna Jakubecka. – W krótkich przerwach zwalaliśmy się na podłogę, żeby tylko oprzeć nogi o ścianę i złapać odrobinę oddechu.

Ostatnie takie imieniny

W pierwszej scenie aktorzy wchodzili przez widownię od foyer, z walizkami, we współczesnych płaszczach i kurtkach, rozglądając się ciekawie wokół. Grali samych siebie – lubelskich artystów, których serdeczny, nieco staroświecki przewodnik (Piotr Wysocki) zawołaniem „Ta joj, ta chodźcie ze mną!” zabierał na wycieczkę po Lwowie. Nie po tym powojennym, sowieckim, na widok którego niejednemu batiarowi szarzała twarz, pękało serce. Oprowadzał ich po „polskiej Florencji”, kulturowym tyglu, mieście wspaniałej architektury, wykwintnych lokali i szemranych spelunek. Po mieście, na którego ulicach, jak pisał w 1931 roku Stanisław Wasylewski, „huczy jak w ulu”.

Aktorów szybko porywa jego opowieść, wtapiają się w nią na oczach widzów – już nie turyści, tylko Tońcio, Szczepcio, ciotka Bandziuchowa, Mańka Pryszcz, struta kichą panna Franciszka i jej Fryzjerczyk, policmajstrzy, żydowscy kupcy, elegantki i złodzieje. I walczące za swoje miasto dzieciaki, i posiwiała nagle dziewczyna wspominająca ostatnie imieniny we Lwowie, i Hemar z gorzkim „Ja już wiem, że do Lwowa nie wrócę.”

– Ludzie płakali. Słyszeliśmy to na scenie. Widzieliśmy ukradkiem wyjmowane z torebek chusteczki – mówi Agnieszka Borowiec. – Dostawaliśmy od tego dreszczy.

Mniej więcej w połowie drugiej części pięciu rewelersów śpiewa „Ta joj, ten Lwów” Feliksa Konarskiego. Zbigniew Pudzianowski, przez niemal zaciśnięte wargi ciska „…więc niech się nikt nie dziwi, że po lwowsku powiem tak: / Niech ten Poczdam krew zaleje, / niech tę Jałtę trafi szlag!”. Powietrze przeszywa niewidzialna iskra, słychać trzask porzucanych foteli, ludzie zrywają się z miejsc – na słowa, które przynoszą ulgę po latach tłumionej wściekłości.

– Jeszcze dziś słyszę te owacje i cienki głosik żony Adama Natanka, dyrektora lubelskiej filharmonii, jak krzyczy „Wrócimy tam, wrócimy!” – wspomina Robert Łuchniak, jeden z tamtych rewelersów.

Z dnia na dzień spektakl przestaje być lokalnym wydarzeniem. Ściągają autokary z Wrocławia, Krakowa, Katowic. Po bilety ustawiają się długie kolejki. Przychodzą zaproszenia na gościnne występy.

„>>Lwów Semper Fidelis<< jest nie tylko przedstawieniem Andrzeja Rozhina i zespołu Teatru im. Osterwy w Lublinie. Jest także manifestacyjnym powrotem do jednego z ważnych, a zakazywanych przez dziesięciolecia, mitów narodowej kultury, do tradycji, którą starannie wymazywano. Zapłakane oczy starszych widzów, spontaniczne oklaski i pokrzykiwania (niczym na rockowym koncercie) widzów bardzo młodych mówią wiele o nastrojach ludzi przychodzących jeszcze do teatru (…)” pisze po pokazach w Warszawie „Rzeczpospolita”.

„Szkoda, doprawdy, że lublinianie przyjechali do Warszawy z lwowskim spektaklem tylko na dwa dni. Chwalimy Teatr Rzeczpospolitej za udostępnienie lubelskim artystom sceny, ale pytamy – dlaczego na tak krótko?” dorzuca „Express Wieczorny”.

– Starzy lwowiacy przychodzili po spektaklu za kulisy. Kiedyś, na Śląsku, jeden pan dotąd trzymał Marka Grabowskiego za guzik od koszuli, dopóki nie zaśpiewał mu swojej wersji „Ballady o Mańci Szponderek”, tak jak ją zapamiętał z dzieciństwa – śmieje się Łuchniak.

Kostiumy, sztandary, tłum

„Lwów Semper Fidelis” zagrany został ponad 100 razy. Był pierwszym po przełomie 1989 r. oryginalnym polskim musicalem, dla widzów – ważnym w owym czasie sygnałem, że jest do czego wracać. Że są w polskiej kulturze i historii pokłady, na których można odbudowywać narodową dumę i tożsamość.

– Niezawodny zmysł Rozhina polegał na tym, że wiedział on jaki temat jest nośny w danym momencie – przyznaje Robert Łuchniak. – Lwów? Proszę, róbmy Lwów. Ale z rozmachem, prawdziwie. Kostiumy, sztandary, tłum na scenie. I ten tytuł – „Lwów Semper Fidelis”, czyli „Lwów zawsze wierny”. To dlatego po spektaklu kostiumy rozłaziły nam się w rękach od potu – przez to hasło na afiszu i okrzyki pani Natankowej. Do Lwowa nigdy nie wróciła, ale dożyła kilku słów prawdy.

„Lwów Semper Fidelis” wspominają:

Zobacz także

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź