Teksty

Najlepszy taki remiecha

08/04/2015

Próba dla mediów. Stoi na podwyższeniu, z twarzą skrytą pod szerokim rondem kapelusza. Jeden z fotografów woła: „Więcej światła na tego pana!” Podnosi głowę: „Ten pan? Nazywam się Zbigniew Zapasiewicz.”

Chwilę później, na tej samej próbie spektaklu „Zapasiewicz gra Becketta”, błaznuje, krzywiąc się do zdjęć mających uwiecznić go w roli Krappa. „Już jestem niezły, co? Pomyślcie, co będzie się działo na premierze!”. Niemal w jednym momencie stwarza trudny do przełamania dystans i „przygarnia” zwykłym, ludzkim odruchem – żartem pokrywając strach przed zbliżającą się premierą. Takich się wielbi.

Tylko nie magia

– Poszedłem na asystenturę do prof. Zapasiewicza – przyznaje Michał Walczak, młody dramaturg i reżyser – trochę z cynizmu i chytrości, żeby skraść mu nieco tego jego sekretu, jak tworzy się magię teatru. Chyba jednak nie udało mi się tego odkryć, bo Zapasiewicz jest zbyt tajemniczy.
„Magia” to raczej nie jest ulubione słowo Zbigniewa Zapasiewicza, podobnie jak „mistrz” czy „kreacja”. Za to ostatnie dostało się niegdyś panience w telewizyjnym programie kulturalnym, gdy przymilnie zagaiła: „Stworzył pan wielką kreację…” „Słowo kreacja schowajmy może do szuflady” – przerwał jej zimno. Ale nie skrzywiłby się pewnie na stare dobre określenie „remiecha”. Używa go jeszcze choćby Erwin Axer (u którego, w teatrze Współczesnym, Zapasiewicz stawiał pierwsze pewne kroki), mówiąc, że to termin dobry i wysoce zaszczytny.

Docent i król

– Napompowano nas – czy napompowaliśmy się sami – przesadnym poczuciem misji. Aktor jest przede wszystkim dobrze nastrojonym instrumentem do wykonywania ról, czyli zadań scenicznych – uważa Zbigniew Zapasiewicz i trzyma się tego konsekwentnie przez pół wieku pracy w teatrze i filmie.
Mało jest dziś jednak instrumentów tak dobrze nastrojonych jak on. Ten brak fałszywego dźwięku sprawia, że pamięta się Zapasiewicza i jako Pana Cogito i jako Króla Ignacego w „Iwonie, księżniczce Burgunda”, króla Leara, Docenta w „Barwach ochronnych” i w epizodycznej, a zostającej na zawsze, roli Brudasa w telewizyjnej realizacji „Mojej córeczki” Tadeusza Różewicza (reż. Andrzej Barański).

Nie – „Czerwonym”

Przewodzi dziś garstce najwybitniejszych polskich aktorów teatralnych. Gdyby na początku lat 80. ówczesne władze pozwoliły mu zagrać w filmie „Czerwoni” Warrena Beatty, opowiadającym o losach Johna Reeda, amerykańskiego komunizującego dziennikarza, autora książki ,.Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem”, pewnie by Zbigniewa Zapasiewicza tu z nami nie było. Gorzka pociecha, że musiał zostać.
Jego talent, szacunek dla zawodu, pełen profesjonalizm i nastawienie na ciągły rozwój – wszystko to zasługiwało na to, by stał się aktorem o międzynarodowej renomie. Od pół wieku gra dla polskiej publiczności, tworząc zarazem historię europejskiego teatru.

Gdzie jest gruby?

Spoczywa mu na karku ciężar zaufania, jakiego przez swą solidność, skromność, sceniczną prawdomówność i precyzję dorobił się u widzów. Poza sceną i planem filmowym Zbigniew Zapasiewicz niemal nie istnieje jako osoba publiczna. Unika pogadanek w kolorowych pismach, sesji zdjęciowych we własnej kuchni, wręczania różnorakich trofeów i odbierania zaszczytów.
– Wychodzę po spektaklu. Dziewczynki czekają na autografy – opowiada aktor. – Do mnie nikt nie podchodzi, bo nikt mnie nie poznaje I to mój sukces. Pytają, gdzie jest ten, co grał grubego, a ja mówię, że już sobie poszedł.»

Życie Warszawy
25-10-2004

Zobacz także

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź