W teatrze

W tajemnicy i milczeniu

01/06/2016

Rozmowa z Nickiem Dearem, autorem sztuki „Frankenstein” powstałej na podstawie powieści Mary Shelley

Słyszał Pan o Ząbkowicach Śląskich? To niewielkie miasto nosiło niegdyś nazwę Frankenstein a wiąże się z nim dość ponura historia. W 1606 roku Frankenstein nawiedziła dżuma, która w ciągu kilku miesięcy wybiła jedną  trzecią ludności. O sprowadzenie zarazy oskarżono ośmiu grabarzy. Mieli oni – jak dowiedziono podczas procesu – preparować z ludzkich zwłok zabójczy proszek, którym smarowali progi i kołatki u drzwi mieszkańców. Burmistrz Frankensteina pisał, iż „rozcinali oni także brzemienne kobiety i wyjmowali z nich płody, a serca małych dzieci zjadali na surowo”. O tych wydarzeniach głośno było w całej Europie. Myśli Pan, że mogły stać się  inspiracją dla Mary Shelley?

Nie miałem pojęcia o istnieniu takiego miasta! Mary Shelley była oczytaną młodą damą, ona i jej mąż, poeta Percy Shelley, fascynowali się takimi sprawami, śledząc zarazem wszelkie doniesienia o odkryciach naukowych. Może znali i tę historię, kto wie?

Pański „Frankenstein” wystawiony został nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i w Niemczech, Turcji, na Łotwie i na Węgrzech, teraz w Polsce a niebawem zrealizowany zostanie w Hong Kongu. Z jakimi lękami współczesnego człowieka  koresponduje ta sztuka? Czy to są sprawy uniwersalne czy też każda epoka ma swoje lęki i swojego „potwora”?

Myślę, że „Frankenstein” budzi takie zainteresowanie,  nawet w odmiennych kulturach, bo to opowieść oparta na micie stworzenia. Ale w przeciwieństwie do wszystkich innych mitów o stworzeniu, u Mary Shelley to nie bóstwo inicjuje życie; Człowiek robi to sam, bez potrzeby Boga.  Jest to więc mit stworzenia dla ery technologicznej. Cały współczesny świat  ma obawy co do sposobu, w jaki rozwija się technologia i ta, napisana w 1818 roku, powieść, wciąż, jak sądzę, odzwierciedla te obawy.

“Frankenstein” to pełne rozmachu, efektowne widowisko. Budzi, tak lubiany przez widzów, dreszcz grozy. Czy tylko o to Panu chodziło, czy też chce Pan by ludzie wynieśli z przedstawienia coś więcej?

Oczywiście, że tak.  Wcześniejsze realizacje „Frankensteina” – wszystkie te „gotyckie” horrory i im podobne – miały przede wszystkim zapewnić widzom rozrywkę, wywołać dreszcz przerażenia. Widziałem natomiast pierwsze wydanie tej powieści opatrzone podpisem „podręcznik radykalnej filozofii”; była więc ona elementem ówczesnej szerszej debaty i tak też ją potraktowałem. To sztuka o ideach, nauce, moralności, nawet o metafizyce. To o wiele więcej niż przerażająca opowieść.

W Londynie wyreżyserował „Frankensteina” Danny Boyle, u nas Bogusław Linda, twórca także silnie związany z filmem. Czy to ma dla Pana znaczenie, że realizuje tę sztukę ktoś o wrażliwości filmowca?

Pamiętajmy, że Danny Boyle nim zajął się filmem, był reżyserem teatralnym. Co do „Frankensteina” – to dla mnie wielkie wyróżnienie, że tak wielu reżyserów sięga po tę sztukę. Jestem zachwycony tym, że powstaje tak wiele i tak odmiennych od siebie realizacji tego tekstu. Życzę Bogusławowi Lindzie wspaniałego sukcesu!

Mary Shelley, Elizabeth Gaskell, Ann Radcliffe, Anna Olimpia Mostowska (polska autorka powieści gotyckich)… Na przełomie XVIII i XIX wieku tworzyło w Europie kilkaset pisarek. Ich powieści cieszyły się  ogromną popularnością. Anna Barbauld, brytyjska publicystka i poetka, twierdziła, że to zasługa tego, iż kobiety silniej wszystko przeżywają, pielęgnują uczucia „w tajemnicy i milczeniu”, a tworząc potrafią niezrównanie cieniować nastroje. Zgadza się Pan z takim przepisem na sukces?

To pytanie wymagałoby dłuższej odpowiedzi. Zbyt długiej! Wiem tylko, że Mary Shelley miała zaledwie 18 lat, gdy zaczęła pisać „Frankensteina”, a 20 lat, gdy został on opublikowany. Nie sądzę, by kierowała się wówczas jakiś literackim programem. Nie sądzę, by myślała o sobie jako o pisarce. Nie myślę, by w pełni zdawała sobie sprawę, z tego co stworzyła – z tego, co moglibyśmy nazwać podtekstem, drugim dnem tej powieści. Co ciekawe, kiedy dorosła i stała się zawodową autorką, bardziej świadomym  uczestnikiem życia literackiego, nie napisała już nic tak dobrego jak „Frankenstein”…

Rozmowa ukazała się w programie do spektaklu.

Zobacz także

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź