Teksty

Włącz migacz, baw się!

08/04/2015

Warszawa to nie miasto dla głuchych. Nie mają tu czego szukać. Gdzie czują się bezpiecznie? W hipermarketach i gejowskich klubach, bo tu nikt nikogo nie wytyka palcami.

Kiedy życzą sobie smacznego, stukają delikatnie w stół. Zamiast bić brawo, unoszą ręce i poruszają szybko palcami. To bezużyteczne gesty. Żyjący w Warszawie głusi nie chodzą ani do restauracji, ani do teatrów. Walka z trzema schodami sprowadza się w stolicy do budowania podjazdów dla wózków inwalidzkich. Tymczasem „schody” piętrzą się też przed niesłyszącymi, którzy niemal nie wychodzą ze swego getta.
– Na Zachodzie istnieją banki tłumaczy dla osób głuchych – mówi Magda Bielak. – Wystarczy tam dać znać, że chce się wieczorem wyjść do teatru, a ma się zapewnioną osobę do pomocy.
Na Zachodzie jednak język migowy jest traktowany tak samo jak inne języki obce, w Polsce uczą się go tylko ci, którym jest potrzebny do życia.
– Drażni mnie, że kiedy idę do urzędu skarbowego, pani za biurkiem nie zna podstawowych zwrotów w języku migowym – opowiada Magda. – Zabiera moje dokumenty i wypełnia je sama, chociaż powinnam zrobić to ja. Nie jestem przecież niepełnosprawna.
Głucha od urodzenia, czytająca z ruchu warg Magda nie czuje się inwalidką. Jest, jak mówi, mniejszością językową.
I fenomenem na tle swoich niesłyszących rówieśników. Podczas kiedy większość głuchych kończy naukę na specjalnej szkole średniej, ona od wczoraj jest dyplomowanym psychologiem po Uniwersytecie Warszawskim. Używa angielskiego w piśmie. Na naukę wymowy nie ma na razie sił. Każde nowe słowo trzeba sobie „wyobrazić”, przykładając palce do krtani osoby słyszącej, wymawiającej to słowo. Potem przetworzyć je na własny, ułomny aparat mowy. Wystarczy, że nauczyła się polskiego, który jest dla niej językiem obcym.
– To bardzo trudny język – podkreśla, podobnie jak Japończyk czy Francuz uczący się polskiego.
Na rozmowę umówiłyśmy się w jazzowym klubie Tygmont. Magda jest tu po raz pierwszy. Nie zna takich miejsc. Nie chodzi – od wyjazdu z przyjaciółmi do Częstochowy. Kiedy po pielgrzymce, padnięci, ale podnieceni wyjazdem, usiedli w kawiarni, żeby jeszcze raz wszystko obgadać, poprzeżywać, obsługa wyprosiła ich z lokalu. Nie życzyli tam sobie migających odmieńców.
Tygmont uznajemy za miejsce przyjazne. Nikt się natarczywie nie przygląda. Tylko mężczyźni przy barze taksują Magdę – subtelną, ładną blondynkę – wzrokiem. Lokal w porządku, ale trochę w nim za ciemno. Dla głuchego podstawowa sprawa to oświetlenie. Żeby ze sobą rozmawiać, trzeba się widzieć. A jest o czym mówić. W środę, dzień przed obroną, Magda została pierwszym w Polsce tłumaczem języka migowego podczas spektakli.
Skromny, niewielki Teatr Konsekwentny (scena offowa, lekceważona zwykle przez urzędników) zrobił coś, na co otorbiony dotacjami dyrektor instytucjonalnego teatru by nie wpadł. Konsekwentny otworzył się na głuchych. Dał im możliwość obejrzenia spektaklu na równi ze słyszącymi. W mieście starającym się o status europejskiej stolicy kultury po raz pierwszy ktoś godnie potraktował głuchego w teatrze. By ten nie czuł się nic nie chwytającym melepetą, lecz widzem. Słowa „melepeta”, pojawiającego się w spektaklu „Zaliczenie. Lekcja”, nie ma zresztą w słowniku migowym. Magda musi je jakoś zastąpić lub pominąć, migając podczas przedstawienia. Kłopot jest też z polskimi idiomatycznymi wyrażeniami „piąta woda po kisielu” i mieć 24 lata „z hakiem”. Niesłyszący tego nie zrozumieją. Wraz z Agnieszką Budzyń, pomysłodawczynią akcji „Usłyszeć teatr”, Magda Bielak opracowała więc uproszczoną listę dialogową.
– To dopiero początek. Potem możemy te teksty dopracowywać, wzbogacać – uspokaja Agnieszka. – Najpierw głusi muszą się nauczyć w ogóle korzystać z dóbr kultury takich jak teatr czy muzeum.
Dziewczyny chcą doprowadzić do sytuacji, w której głusi nie będą przychodzić na spektakl jako grupa zorganizowana, a więc znów zamknięci w swoim kamiennym kręgu, ale wymieszają się na widowni ze słyszącą publicznością. A stojący w rogu sceny migający tłumacz nie będzie dziwił i rozpraszał uwagi.
Widz głuchy to widz idealny. Na spektaklu nie strzela haczykami do aktorów, nie buczy i nie wychodzi w trakcie do ubikacji.
– Niesłyszący mają bardzo surowy kodeks obyczajowy – tłumaczy Agnieszka Budzyń. – Może z powodu tego, że wciąż czują się na cenzurowanym, bardzo dbają o maniery i zachowanie się w miejscach publicznych. To osobna wymagająca głębszego poznania subkultura.
Magda, od kiedy zaczęła się przygotowywać do roli tłumacza w teatrze, częściej wychodzi wieczorami. W weekend była w Centrum Artystycznym Montownia na spektaklu „Pomrocność Jasna”. Spektakl jej się nie podobał, ale i tak była zadowolona.
– Jeśli wychodzę, to z Agnieszką – przyznaje. – Głuchej koleżanki nie udałoby mi się wyciągnąć z domu. Zaczęłaby zaraz marudzić, że się boi, że to wstyd i że nic nie zrozumie.
Ma 25 lat. Jest w swojej rodzinie trzecim już pokoleniem niesłyszących. Tak jak matka, ojciec, młodsza siostra (studentka polonistyki), dziadkowie.
– Jeśli bym mogła wybierać, chciałabym, żeby moje dziecko też było głuche – mówi, a po chwili dodaje: – Zresztą może być i słyszące, byleby było zdrowe i szczęśliwe.
Na razie myśli głównie o „Zaliczeniu. Lekcji” w Starej Prochoffni, spektaklu wieńczącym obchody Dnia Głuchego. Przyszło mnóstwo ludzi. Nie tylko niesłyszących. Gosia, siostra Magdy, poprowadziła dla nich warsztaty języka migowego. Do nabitej ludźmi sali ciężko się było wcisnąć, żeby zobaczyć, jak umówić się z głuchym do teatru.
Po warsztatach czas na Magdę. Staje w rogu sceny, w plamie światła. Miga w skupieniu, z wdziękiem, od czasu do czasu zerkając na siedzącą w pierwszym rzędzie Agnieszkę, by dała jej znać, kiedy zza sceny dochodzi dźwięk uderzenia siekiery, czy tykania zegara i trzeba go zasygnalizować widzom. Przecież ona też go nie słyszy.
Koniec spektaklu. Magda ma przed oczami tylko kolorową plamę, jeszcze nie wie, czy coś z tych dwóch ostatnich godzin pamięta. Aktorzy wychodzą do ukłonów niepewni, jak poszło. Grali wolniej niż zwykle, starali się ustawiać w stronę tłumaczki, by mogła czytać z ich ust… Na widowni podnosi się las rąk. Trzepoczą w powietrzu palce.

Życie Warszawy
28-09-2007

 

Zobacz także

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź